Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2015

z dystansu

Mamy już piękny i zielony maj, a na blogu zdjęcia jeszcze z marca, nie wiem skąd się wziął ten poślizg przy publikacji. Maj to dla mnie miesiąc idealny, choć nie zaczął się dla mnie najlepiej. Trochę chorowałam i kiedy za oknem świeciło słońce, ja leżałam w łóżku, no ale nie ma co rozpaczać, trzeba działać. Z tym działaniem ostatnio u mnie nie najlepiej. Czuję się trochę rozleniwiona przez dwa tygodnie wolnego, które miałam i teraz jakoś ciężko pomyśleć mi o powrocie do szkoły i nadrabianiu wszystkich zaległości. Chciałabym poczuć w końcu, że robię w życiu coś pożytecznego, jednak nauka biologii w dalszym ciągu do mnie nie przemawia. W maju powinnam być już w pełni obudzona ze snu zimowego, a nie w niego zapadać, co się ze mną dzieje?
Prawda niestety jest taka, że sama siebie dołuję i nie umiem za bardzo pozytywnie spojrzeć na pewne rzeczy. Smutne, nie ma to jak marnować czas na użalanie się nad sobą. Bo inaczej nie umiem tego nazwać.

Jeśli macie przed sobą wolny wieczór, chciałabym polecić Wam pewien film, który ostatnio obejrzałam i który zapadł mi w pamięć. Nie jest to nic lekkiego, raczej wręcz przeciwnie, myślę, że to ten rodzaj filmu, który zmusza nas do myślenia i nie daje o sobie zapomnieć, choć też może zależy to od tego, z jakim podejściem się za niego zabieramy. Dla mnie był to film trudny, który pokazał mi coś innego i sprawił, że zaczęłam myśleć o swojej przyszłości, teraźniejszości, przeszłości... O życiu, ogólnie. Nosi on tytuł "Z dystansu". Jeśli po niego sięgnięcie, koniecznie podzielcie się ze mną swoimi opiniami! Podlinkowałam Wam w tytule stronę na Filmwebie z jego opisu, jakbyście chcieli przeczytać.


poniedziałek, 22 grudnia 2014

deszczowo i mało świątecznie

 Właśnie taki widok widziałam dzień w dzień w tym pierwszym, zimowym tygodniu. Jaka zima?  Dwa dni do Świąt, a w moim życiu nic na to nie wskazuje. Choinka wciąż czeka na strychu, za pieczenie świątecznych ciasteczek nawet się nie zabieram tego roku, prezentów nie kupuję... Słucham świątecznych piosenek, próbując poczuć choć trochę tę atmosferę, ale zupełnie mi to nie wychodzi. Najchętniej całymi dniami czytałabym książki lub oglądała od nowa wszystkie części Władcy Pierścieni. Wcale nie chcę tak spędzać Świąt. Pocieszam się myślą, że mam jeszcze te kilka dni, pozostaje nadzieja, że jeszcze coś się zmieni.
Postanowiłam jeszcze wstrzymać się ze świątecznymi życzeniami, bo wierzę, że wrócę tu w najbliższym czasie w bardziej świątecznym nastroju niż obecnie. Mówią, że nadzieja matką głupich, ale kto by się tym przejmował!
Wigilia klasowa to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie momentów w całym roku szkolnym. Atmosfera jest zupełnie inna niż w zwykły, szkolny dzień.  W tym roku dostałam jeden z najlepszych prezentów, mianowicie moje małe marzenie - EOS lip balm! Wzdychałam do niego już od dłuższego czasu. Jestem uzależniona od pomadek ochronnych, dlatego tak bardzo chciałam mieć to małe jajeczko. Teraz co chwilę go odkręcam, wącham i... zakręcam z powrotem. Tak bardzo boję się go używać! Jestem osobą, która cieszy się z każdego, nawet najmniejszego drobiazgu, ale kiedy jest to coś, co chciałam mieć od tak dawna, jestem jeszcze szczęśliwsza.
Jajeczko oczywiście doczekało się swojej własnej sesji zdjęciowej!

niedziela, 7 grudnia 2014

Moscow City Ballet

 Choć szósty grudnia wypadał w sobotę, moje Mikołajki świętowałam już w piątek. Moim prezentem dla siebie było spełnienie jednego z punktów, znajdującego się na liście rzeczy, które chcę zrobić w życiu, jednego z moich marzeń.
73. Być na przedstawieniu baletowym.
Chciałam je spełnić już rok temu, jednak wtedy się spóźniłam i nie było już biletów. Oczywiście w tym roku też mało brakowało! Dowiedziałam się, że Moscow City Ballet będzie w Krakowie zupełnie przypadkiem, siedząc pewnego popołudnia w Galerii Krakowskiej. Reklama pojawiła się tuż przed moimi oczami, gdy akurat zbierałam się do wyjścia. Zaangażowałam moją koleżankę i już wieczorem miałyśmy kupione bilety. Przez ponad miesiąc żyłam tym wydarzeniem, nie mogąc się go doczekać, a teraz jestem już po i być tam, w Centrum Kongresowym, oglądając tak profesjonalny i piękny występ, to było coś absolutnie niesamowitego. Było to przedstawienie zapewne dobrze Wam znane - Jezioro Łabędzie. Chciałam je tak bardzo zobaczyć głównie dzięki filmowi, który oglądałam jakieś pół roku temu, czyli Czarny łabędź, w którym zachwycałam się pięknymi strojami i wspaniałą muzyką.
Może moja chęć zobaczenia baletu na żywo była tak silna dlatego, że sam balet jest jednym z moich niespełnionych marzeń. Przekonałam się, że ze spełnianiem marzeń nie można czekać. Dlatego ja aktualnie robię wszystko, by móc z mojej listy wykreślać kolejne punkty.
Absolutnie zachwyciło mnie wnętrze Centrum Kongresowego. Idealne!

Oprócz tego, zapewne wiecie, że w końcu przychodzi taki moment w roku, kiedy orientujemy się, że płaszcz zimowy z zeszłego roku do niczego już się nie nadaje i zakup nowego jest absolutną koniecznością, jeśli nie chcemy całą zimę chodzić w parce.  Jak wiecie, zakupy nie są moją ulubioną czynnością, zazwyczaj unikam ich jak ognia. I spędziłam mnóstwo popołudni po szkole oraz nawet parę weekendów, chodząc po tych wszystkich sklepach i przymierzając niezliczoną ilość płaszczy. Najgorsze było to, że miałam w głowie wyobrażenie mojego płaszczyka, tego jak ma wyglądać, i przez to żaden inny nie spełniał moich oczekiwań. W końcu zdecydowałam się na zakup jednego, który podobał mi się najbardziej ze wszystkich, choć wciąż nie był to TEN JEDYNY.
Kilka dni później miałam chwilę czasu i wstąpiłam do dwóch second handów, a w portfelu miałam jedyne 20 zł (słownie: dwadzieścia złotych). I w drugim second handzie znalazłam mój wymarzony płaszczyk, był dokładnie taki, jakiego szukałam w tych wszystkich sklepach, które wcześniej odwiedziłam. Kosztował 25 zł, dlatego nawet nie wiecie jaka była moja radość, gdy okazało się, że akurat w tym dniu jest 20% zniżki na wszystkie wycenione rzeczy. I tak oto kupiłam płaszczyk, który widzicie na zdjęciach, a który jest moim absolutnym ulubieńcem i czuję, że mogłabym spędzić w nim resztę mojego życia!

czwartek, 4 września 2014

teraz jest dobrze

 Zaczęło się, ale jest dobrze. Niespodziewanie dobrze. Za nami już kilka typowych szkolnych dni i choć naprawdę nie wierzyłam w koniec tych wakacji, zadziwiająco łatwo pogodziłam się z nową koleją rzeczy i mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że chodzenie do szkoły, jak na razie, sprawia mi wręcz przyjemność. Nawet jeśli oznacza to wczesne wstawanie i sporą ilość nauki, nie narzekam. Warto jednak dodać: na razie.
Na rozpoczęcie roku szkolnego jechałam z jakimiś dziwnymi obawami, które nie mam pojęcia z czym były związane, ale po przekroczeniu progu klasy, wszystko minęło. Spodziewałam się, że coś ulegnie zmianie, cokolwiek. Ale jest tak, jakby tych dwóch miesięcy wakacji po prostu nie było. Rozwiązujemy zadania z matematyki, słuchamy wykładów pani od polskiego, udajemy, że ćwiczymy na wf-ie, nudzimy się na religii, przesiadujemy w tych samych grupkach, nawet miejsca w ławkach są prawie identyczne! To wprost niezwykłe...
Kilka dni temu obejrzałam ponownie jeden z moich ulubionych filmów Dziewczyny z wyższych sfer. Jest on jednym z tych, które kojarzą mi się z moim dzieciństwem i mogłabym oglądać go wiele razy, a na pewno mi się nie znudzi. Mimo wielu wartości, które mi on przekazał, ostatnio skupiłam się na tym, by po prostu cieszyć się życiem, mimo wszelkich przeciwności. Dlatego nie szukam na siłę powodów do zmartwień, choć wiem, że mogłabym znaleźć ich naprawdę wiele, gdybym tylko chciała. Jednak na dzień dzisiejszy, nie chcę. Jestem zadowolona z tego, jak jest teraz i może być tak dalej. Po prostu.

Aktualnie czytam: Okruchy dnia – Kazuo Ishiguro [84]

wtorek, 29 lipca 2014

szukając kolorów

Ostatnio coś brakuje kolorów na moim blogu, ale stwierdziłam, że odrobina czarno-białych zdjęć jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Podczas ich robienia, miałam chyba po prostu taki trochę nijaki dzień, kiedy wyszłam z domu pierwszy raz na dłużej po chorobie i podobał mi się ten brak barw.
Czuję się trochę tak, jakbym nagle się obudziła z jakiegoś pięknego snu i musiała wrócić do ponurej rzeczywistości. W taki nastrój wprawia mnie właśnie fakt, że połowa wakacji za nami, rozpoczęcie roku zamiast się oddalać, każdego dnia jest bliżej, na co ja nie jestem w ogóle gotowa i chciałabym, by te wakacje trwały wieczność i nigdy się nie kończyły. Ale nie chcę marudzić i przekazywać Wam swojego pesymizmu, który moim zdaniem aż bije od tego postu.
Z rzeczy bardziej pozytywnych, choć znowu nie do końca, chciałam Wam polecić film Ósmoklasiści nie płaczą. Nie do końca pozytywnych, dlatego że sama przepłakałam całą końcówkę. Film może według niektórych taki sam jak wszystkie inne, które poruszają temat białaczki, ale moim zdaniem to coś zupełnie innego i bardzo mi się podobał, z pewnością również zapadł mi w pamięć, więc gdy tylko macie wolny wieczór, sięgnijcie po niego.
Polubiłam też noszenie krótkich spodenek, dziś są one w takiej niby-eleganckiej wersji, która wyjątkowo przypadła mi do gustu. Prosto i wygodnie, czyli tak jak lubię najbardziej. W ogóle czy tylko według mnie baleriny to najwygodniejsze buty na świecie i czy tylko ja mogłabym chodzić w nich bez przerwy?
   
ask.fm

czwartek, 17 lipca 2014

wzruszona | Gwiazd naszych wina

O książce Gwiazd naszych wina myślę, że słyszeli już prawie wszyscy. Był okres czasu, gdy na wielu blogach pojawiła się recenzja tej książki. Sama kupiłam ją pod koniec czerwca, zachęcona pozytywnymi opiniami, które przeczytałam, jedna z moich koleżanek stwierdziła nawet, że nie wie, jak można nie płakać podczas jej czytania. Przeczytałam i... i nic. Jestem osobą, która zawsze płacze, oglądając Titanic, czy czytając Bez mojej zgody, więc naprawdę nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ta książka nie wywołała we mnie żadnych emocji, nawet nie potrafiłam odpowiednio się w nią... wczytać!
Plan na dzisiejszy dzień był prosty: niewielkie zakupy, później kino. Z zakupów niewiele wyszło, ale do kina dojechałyśmy. Mimo zawodu, jaki poczułam po przeczytaniu książki i tak bardzo chciałam obejrzeć film. Więc obejrzałam, wzruszając się i próbując chyłkiem wysuszyć oczy co najmniej cztery razy. Film jest głęboko poruszający, zmuszający do myślenia, po prostu piękny. Już dawno nowo-obejrzany film nie wzbudził we mnie takich emocji. Kiedy się skończył i na ekranie pojawiły się końcowe napisy i gwiazdy, siedziałam dalej na miejscu, chcąc oglądać dalej i dalej, i dalej. Może po prostu odezwała się romantyczna część mnie, ale na pewno każdy z nas ją posiada, więc koniecznie obejrzyjcie ten film, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Nie jest nawet konieczne czytanie książki, chyba, że chcecie to zrobić. Jest to ten typ filmu, którego szybko się nie zapomina i mimo, że do domu wróciłam już kilka godzin temu i próbowałam zabrać się za czytanie książki, nie mogłam przestać myśleć o bohaterach, o dialogach, o wszystkim. Trafił on na listę moich ulubieńców!

sobota, 10 maja 2014

maraton filmowy

Być może dla niektórych dzień dopiero się rozpoczyna, ja trochę się dziś gubię i po części czuję się, jakby była wieczorowa pora. Na szczęście do wieczora jeszcze dużo czasu, który bez wątpienia się przyda, jako że mam dość sporo do zrobienia. Pogubiłam się w tych porach dnia, ponieważ wstałam wczoraj o szóstej pięćdziesiąt i od tego czasu nie położyłam się spać. Z jednej strony czuję, że oczy mi się zamykają i co chwilę ziewam, a z drugiej mam ochotę na wszystko poza spaniem. No zobaczymy, jak spędzę pozostałą część dnia.
Nie spałam oczywiście z konkretnego powodu, wczoraj wybrałyśmy się (ja i moje dwie koleżanki) na nocny maraton filmowy, świętując tym samym urodziny jednej z nich. Maraton rozpoczynał się po godzinie dziesiątej wieczorem, a skończył dziś przed siódmą. Puszczone zostały naprawdę fantastyczne filmy, które zebrały bardzo wysokie oceny na Filmwebie.
Pierwszy był film Transcendencja, który myślałam, że nieco bardziej mi się spodoba. Wprawdzie prawie cały film mi się podobał, ale ogólną ocenę zepsuły końcowe sceny, które już później uważałam za nieco przesadzone. Oczywiście rola Johnny'ego  Deppa była bezbłędna!
Drugim filmem był Czarny łabędź, na którego najbardziej czekałam, jako że chciałam go obejrzeć już wtedy, gdy dopiero wchodził do kin, ale oczywiście coś nie wyszło i dziś miałam okazję oglądać go po raz pierwszy. Nie zawiodłam się, ponieważ bardzo lubię balet, a tam baletu było bardzo dużo, więc oglądałam z ogromnym podziwem i zachwytem.
Trzeci film to Incepcja, za którą nigdy nie mogłam się zabrać. Nawet wydawało mi się, że oglądałam już kiedyś początek tego filmu, ale moje przypuszczenia okazały się błędne, no cóż... Ogólnie do filmu podchodziłam z dystansem, jako że słyszałam i czytałam opinie, że ten film ciężko zrozumieć i niektórzy odnaleźli jego sens dopiero po którymś z kolei razie, więc wcale nie spodziewałam się, że coś z niego wyniosę o trzeciej nad ranem, ale mimo że z początku chyba zapadłam w króciutką drzemkę, a przynajmniej nie byłam do końca świadoma, kiedy się otrząsnęłam, oglądałam już z wielkim zaciekawieniem, zastanawiając się, jaki będzie koniec. I tak wyszło, że to właśnie ten film spodobał mi się najbardziej ze wszystkich.
Ostatni film to Efekt motyla, który już kiedyś oglądałam, więc pod koniec również straciłam na chwilę kontakt z rzeczywistością, ale chyba wiem, dlaczego puścili go na sam koniec. Było kilka momentów, które od razu podnosiły na nogi i każdego wybudzały ze snu.
Ogólnie nie przepadam za kinem, ale ta noc była naprawdę bardzo fajna. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji być na takim maratonie, serdecznie polecam, bo to fajna zabawa. 

niedziela, 9 marca 2014

małe rzeczy i prośba


Miniony tydzień nie był najlepszy dla mojego bloga, jako że nie znalazłam chwili, by coś tu napisać. Działo się dość sporo rzeczy, głównie w czwartek i piątek. Odnalazłam dodatkowe motywacje do nauki oraz prowadzenia bloga. Piątkową noc spędziłam u koleżanki, gdzie oglądałyśmy Listy do M. Wprawdzie planowałam obejrzeć ten film jeszcze w Boże Narodzenie, ale jak wiele innych rzeczy, nie udało mi się to. Ale teraz już oglądnęłam i choć ogólnie mi się podobał, to nie był to film, po który sięgnęłabym ponownie. Wciąż zastanawiam się, jak kiedyś mogłam mieć takie opory przed zostawaniem u kogoś na noc.

Dość ciężko jest mi uwierzyć, że minął już pierwszy tydzień marca, nie wiem, gdzie te dni umykają. Jestem pewna, że sam marzec również minie bardzo szybko. Jako że pogoda ostatnio dopisuje, wychodzę na niedzielne spacery, podczas których poszukuję jakichś oznak wiosny, lecz jak na razie nie mogę się ich dopatrzeć, jedynie na termometrze. Chciałabym, żeby było już więcej zieloności, liści na drzewach i w ogóle, ale na to chyba będę musiała jeszcze poczekać
A skoro mamy już marzec, zaczynam częściej myśleć o wakacjach. Chciałabym tego roku pojechać na jakiś obóz młodzieżowy, może do Hiszpanii, Francji czy Londynu? Jestem pewna, że wielu z Was już było na tego typu wyjeździe, dlatego chciałabym żebyście podzielili się ze mną wrażeniami oraz opiniami o jakichś sprawdzonych biurach podróży czy to tutaj, czy na moim mailu: 
klaudia32961@znajomi.pl
Byłabym przeogromnie wdzięczna, ponieważ nie chciałabym pojechać zupełnie w ciemno, więc Wasze opinie bardzo by mi pomogły! :)
Kilka dni temu na blogu Willbefineee trafiłam na post Cieszmy się z małych rzeczy, gdzie blogerka po każdym dniu zapisywała chwilę, która wywołała na jej twarzy uśmiech. Bardzo spodobał mi się ten pomysł, ponieważ po trzydziestu dniach będzie można spojrzeć na taką listę i powiedzieć sobie "Ten miesiąc wcale nie był taki straszny jak mi się wydawało". Jestem pewna, że każdego dnia znajdę choć jedną małą rzecz, która sprawiła mi radość. Zaczęłam zapisywać te chwile już w czwartek, przy każdym kolejnym poście pojawią się kolejne dni tego małego wyzwania.
Dzień pierwszy (06-03): piątka z rozprawki z polskiego (to dopiero moja druga piątka  w semestrze!).
Dzień drugi: miła niespodzianka od chłopców z klasy z okazji Dnia Kobiet, możliwość chodzenia do szkoły językowej, nocowanie u Anity.
Dzień trzeci: "Pamiętniki wampirów" o północy i poranek u Anity.
Dzień czwarty: niedzielny, rodzinny spacer i odpoczynek.

środa, 12 lutego 2014

ostatnie pięć dni

Pierwszy tydzień ferii mijał mi całkiem spokojnie i powoli, w drugim wszystko nagle przyspieszyło. W sobotę wieczorem pojechałam do koleżanki, gdzie spędziłam dwa dni i w poniedziałek wieczorem wróciłam. Zawsze rękami i nogami wzbraniałam się przed tym tak zwanym "nocowaniem", w sumie bez podawania żadnego powodu, po prostu mówiłam "nie". Teraz zdecydowałam się powiedzieć "tak". I po powrocie do domu pozostaje mi zastanowić się, dlaczego wcześniej byłam taka oporna? Nocowanie u kogoś to świetna zabawa, dużo śmiechu i fajnie spędzony czas. Robiłyśmy dużo zdjęć, koleżanka ma lustrzankę, cóż, zazdrość, heh. Teraz nie przestanę męczyć Taty, by kupił mi taką samą. Może w końcu się podda. Jadłyśmy naleśniki z pomarańczami, kakaem i bitą śmietaną, oglądałyśmy "Trzy metry nad niebem" i robiłyśmy dwa podejścia do horroru "Obecność". Za pierwszym razem wyłączyłyśmy po kilkudziesięciu sekundach. Za drugim razem udało nam się wytrwać do końca, ogólnie mogę polecić, choć sama nie sięgnęłabym po niego drugi raz.
Nie mam niestety żadnych nowych zdjęć, pogoda nagle się popsuła, zrobiło się deszczowo, a zeszły tydzień był taki ładny. Wczoraj musiałam odpocząć po dwóch prawie nieprzespanych nocach. W ogóle zostało mi pięć dni ferii i chciałabym je poświęcić głównie na naukę, bo czeka mnie kilka sprawdzianów w najbliższym czasie. Nie wiem jednak, czy mi się to uda, bo właśnie zaczęłam oglądać "Pamiętniki Wampirów".
Nie wiem, czy nie zmienię nieco częstotliwości dodawania postów po powrocie do szkoły. Chcę jakoś bardziej przyłożyć się do nauki, a poza tym nie chcę żeby blogowanie mnie zniechęciło. A nie chcę mieć wyrzutów sumienia, że nie piszę tu tak często jak bym chciała.

Chciałam się też z Wami podzielić mistrzowskim (moim zdaniem) wykonaniem piosenki Miley Cyrus "Wrecking Ball". Jasmine Thompson ma niesamowity głos i osobiście po pierwszym wykonaniu się zakochałam. Mogłabym słuchać go bez przerwy.

poniedziałek, 3 lutego 2014

hello February

Zima ze zdjęć była u mnie dokładnie przez tydzień, dziś śniegu nie ma już prawie wcale, temperatura jest dodatnia, ale cieszy mnie to. Miniony tydzień był wyjątkowo zimny, a mam już dość czerwonego nosa i zmarzniętych palców. Dziś mogę już oficjalnie stwierdzić, że moje ferie się rozpoczęły. Nie mam żadnych większych planów, choć może zdarzy w ciągu tych dwóch tygodni coś ciekawego a niezaplanowanego. W pierwszym tygodniu chcę przede wszystkim odpocząć i przeczytać kilka książek, które czekają na mnie już od jakiegoś czasu. Drugi tydzień chciałabym poświęcić szkole, ponadrabiać ewentualne zaległości i pouczyć się na sprawdziany, których czeka nas całe mnóstwo!
Dziękuję wszystkim, którzy trzymali kciuki i życzyli powodzenia, by to jedno miejsce było dalej wolne, ale niestety - nie było. Teraz nie mogę przestać myśleć o tym, że gdybym zapytała o zgodę dzień wcześniej, być może teraz wyczekiwałabym kwietnia ze świadomością, że czeka mnie wtedy wyjazd do Hiszpanii. Wiem, że nie powinno się rozpamiętywać żadnych błędów, nawet najmniejszych, które popełniliśmy w przeszłości, bo wczoraj już do nas nie należy, ale ja nie mogę przestać o tym myśleć. Pozostaje mi mieć nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się pojechać...
W piątek byłam w kinie na filmie "Złodziejka książek", co było zupełnym przypadkiem, i chciałam zrobić na ten temat nawet osobny post z krótką recenzją, ale zauważyłam, że kilka blogerek również wybrało ten film i już zrobiło na jego temat post, więc zrezygnowałam. Od siebie mogę dorzucić, że film naprawdę jest warty zobaczenia i choć może nie zaciekawia od pierwszych kilku minut, warto cierpliwie czekać na rozwój akcji.

poniedziałek, 7 października 2013

wallflower


 kurtka - Bershka | szalik - Terranova | bluza - Cropp | spodnie - C&A | bluzka - House

Obejrzałam niedawno po raz kolejny film The perks of being a wallflower. Kiedy oglądałam go po raz pierwszy kilka dni po premierze czułam się zawiedziona, bo spodziewałam się czegoś lepszego, zwłaszcza po obejrzeniu bezbłędnego zwiastuna, którym absolutnie się zachwycałam. Kilka dni temu coś mnie tknęło, by obejrzeć ten film po raz kolejny i... zakochałam się. Naprawdę, nie mam pojęcia, czego wcześniej mi brakowało, może po prostu teraz jakoś bardziej uosabiam się z głównym bohaterem. Bo zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem też takim podpieraczem ścian. Lubię obserwować, niekoniecznie angażując się w daną sprawę. Czasem z samych obserwacji można wywnioskować więcej niż z bezpośredniej rozmowy. Zwłaszcza kiedy chodzi o rozmowy z osobami z nowego środowiska, z którymi wcześniej nie miałam kontaktu. Właśnie na podstawie takich moich biernych obserwacji mogę stwierdzić, że świat czasem jest dla mnie niezrozumiały i po prostu trudny. Lecz może to dlatego, że często wcale nie chcę pewnych rzeczy zrozumieć, bo tak jest po prostu łatwiej.

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim postem! :)

Planuję w najbliższym czasie zmienić wygląd bloga, bo z aktualnego nie jestem w ogóle zadowolona, więc gdyby ktoś znał się na rzeczy i nie miał nic przeciwko moim pytaniom na ten temat, niech koniecznie napisze!
Szablon wykonany przez Tyler / Enjoy!